Polacy w Azji wschodniej

Japończycy szykują się na spotkanie z Polską w ramach Mistrzostw Świata 2018, ale ani piłkarze Samurai Blue, ani innych azjatyckich nacji nie mają zbyt wiele doświadczenia, którym mogliby się wspomóc. Azjatyccy piłkarze przenoszący się do Europy zazwyczaj nie wybierają klubów z Polski. I vice versa: jedynie kilku Polaków zawędrowało na Daleki Wschód.

Chinese Super League to obecnie atrakcyjny cel dla zagranicznych piłkarzy. Póki co w Państwie Środka zagrało ośmiu Polaków. Najbardziej utytułowanym z nich jest Marek Zając, który spędził w Chinach najwięcej czasu. Rosły obrońca przeniósł się do Shenzen Jianlibao w 2004 roku. Drużyna była wówczas jedną z potęg ligi chińskiej i w swoim pierwszym sezonie Zając sięgnął z nią po mistrzostwo.

Zaroiło się od sztampowych nagłówków i ksywek inspirowanych Wielkim Murem Chińskim. Zając spędził w klubie z Shenzen aż pięć lat. Po tym nietypowo długim dla obcokrajowca pobycie zdecydował się pozostać w okolicy; niedawno został trenerem drużyny R&F z Hongkongu.

To jest świetne miejsce do gry w piłkę, powiedział w ówczesnym wywiadzie. Kibice są pełni pasji, a kraj sam w sobie jest fascynujący. Mam nadzieję, że przyjedzie tu więcej Polaków.

Pojechali, ale nie było ich wielu.

Sukcesy Zająca zachęciły innych polskich obrońców do skierowania się na Wschód, ale prawdziwą gwiazdą polskiej piłki był w Chinach Emmanuel Olisadebe. Napastnika pamiętamy za osiem goli w kwalifikacjach do Mistrzostw Świata 2002 i jedno trafienie na turnieju.

W 2008 roku przeniósł się do Henan Constructions. Zakup ten był zaskoczeniem szczególnie ze względu na fakt, że Henan nigdy nie było w Chinach czołową drużyną.

W Chinese Super League wiodło mu się dobrze. W tamtych latach, niemal dekadę temu, konkurencja nie była tak zacięta jak dziś. W Chinach grało niewiele gwiazd. Olisadebe był wtedy jednym z największych idoli w kraju; podczas trzech spędzonych na północy sezonów trafił ponad dwadzieścia razy. Gdyby nie kontuzje, liczby te mogłyby być jeszcze bardziej imponujące.

W porównaniu do Polaków w Azji jest o wielu więcej Serbów i Chorwatów. Prawdopodobnym powodem takiego stanu rzeczy są dobrze funkcjonujące sieci kontaktów, które ułatwiają bałkańskim piłkarzom wyruszenie na Wschód. Koreańscy i chińscy trenerzy mają już doświadczenie w pracy z serbskimi i chorwackimi graczami.

Do najważniejszych sieci należy ta służąca sprowadzaniu do Azji Wschodniej Serbów. W Europie pracują agenci, którzy specjalizują się w tym procederze i posiadają konieczne kontakty. I tak oto azjatycki trener mówi koreańskiemu agentowi, że życzy sobie nowego zagranicznego gracza, a koreański agent odzywa się do agenta z Belgradu… I zaraz dobijają targu. W Serbii nie brakuje piłkarzy chętnych na przeprowadzakę.

Im więcej graczy wyjeżdża, tym łatwiej o ten krok kolejnym. Kluby przyzwyczajają się do graczy, a gracze tworzą własne sieci i pomagają sobie nawzajem. Opowiadają, dokąd warto jechać, a których klubów unikać.

To wszystko wyjaśnia, czemu w późnych latach osiemdziesiątych w Korei Południowej pojawiła się nagle cała grupa Polaków. Leszek Iwanicki, Tadeusz Świątek, Witold Bendkowski i Krzysztof Kasztelan znaleźli się wówczas w Yukong Elephants. Wszyscy wylądowali w tym samym klubie za pośrednictwem tego samego agenta. Tak się zwykle zaczyna, ale w Korei nie poszło to dalej.

Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych Polacy podróżowali do Korei, zaś na początku nowego millenium na popularności przybrała J. League.

Teraz w Azji skupiło się wystarczająco funduszy, aby zaczęto tam spoglądać chętnym wzrokiem w kierunku Polaków. Największą gratką dla skautów będą mistrzostwa świata. Jeśli znajdą się chętni gracze, a agenci dotrą do właściwych kontaktów, Azja Wschodnia może stać się ważnym rynkiem w kontekście transferów polskich graczy.